Syndrom wybrańca, czyli z typologii dupków
Wiele już dziesiątków lat pałętam się po obrzeżach świata polityki.
Jestem pewnie nieuleczalnie idealistycznym naiwniakiem, bo wciąż wierzę, że warto się tej strefie życia społecznego nie tylko przyglądać, ale też w niej przejawiać jakąś aktywność; naiwniakiem – bo tyle już razy rozbiłem sobie w ciągu tych lat nos o polityczną szybę, że w zasadzie powinienem dać sobie u schyłku życia (między siedemdziesiątką, a śmiercią – jak ktoś niedawno ładnie powiedział…) spokój.
Ale jakoś nie mogę.
Do lewicy przyssało mnie – wówczas pryszczatego gówniarza – jeszcze w późnych latach czterdziestych ubiegłego wieku. Głównym duchem sprawczym w tym względzie był… pewien ksiądz; ten mianowicie, który szykował dziesięcioletnich gnojków do uroczystości komunijnych. Kiedy okazało się, że podstawowym obszarem jego zainteresowań jest to, czy wkładałem koleżankom rękę w majtki z przyjemnością, i jak często miewam „nieskromne myśli” – z miejsca uznałem, że raz na zawsze mam tego typu pytań dość. Do komunii – z rodzinnego, nazwijmy to, oportunizmu – przystąpiłem; na spowiedzi jednak całkiem świadomie zełgałem (bo, rzecz jasna, owo „nieskromne myślenie” było jednym z głównych tematów naszych dziecięcych zainteresowań…) i była to ostatnia spowiedź w moim życiu.
Może was to śmieszyć, ale od tego momentu uważam się właśnie za człowieka lewicy; świadomość treści ekonomicznych i pełnia bogactwa ideologicznego i intelektualnego tego pojęcia przyszła w kilka lat później. Wraz z fascynacją nauką, oświeceniowym racjonalizmem, francuskimi encyklopedystami i zachłyśnięciem się hasłem „liberté, egalité, fraternité”. Bo tu są – w moim przekonaniu – korzenie lewicy, wcale nie w dziewiętnastowiecznym protosocjalizmie.
Mniejsza zresztą z tym. Chodzi o to, że siedzę w tym środowisku od kilkudziesięciu lat –ale, powiedzmy to szczerze, niejako na jego obrzeżu. Jeśli „system” porównać za panem Felicienem Marceau do jajka – to ja niemal całe dorosłe życie spędziłem dość blisko skorupki, lub niekiedy nawet na samej skorupce. W żółtku, owszem, bywałem; od czasu do czasu, bez przykrości. Ale nie tkwiłem tam. Pewno dlatego, że na początku z racji dość niewłaściwego pochodzenia (inteligencja, w dodatku tata nie wrócił po wojnie do kraju, i to od tych Najpaskudniejszych Imperialistów), potem zaś z racji wykonywanego zawodu (najpierw pracownik naukowy na najbardziej „niepolskim” wydziale uniwersytetu, potem dziennikarz, w dodatku telewizyjny, czytaj małpa) – nie byłem traktowany jako osoba całkowicie godna zaufania, a za to mocno niepoważna. Pewną – istotną chyba – rolę odegrało i to, że jakoś nie umiem i nigdy nie umiałem przyznawać nikomu racji tylko dlatego, że jest moim szefem, a jak kogoś mam za durnia, to tego mniemania nie ukrywam. Słowem, mordę mam raczej niewyparzoną; i, co więcej, ośmielam się tę cechę uważać za cechę lewicową. Drugorzędną, oczywiście, jak miła poprzeczna bruzdka na brzuszku jest drugorzędną cechą płci nadobnej, ale zawsze.
Pewno mi to zresztą na dobre wyszło: gdyby mi w pełni ufano, to albo bym po studiach wylądował w jakimś zielonym garnizonie i w konsekwencji zgłupiał całkowicie, ożeniwszy się z seksualnej konieczności z jakimś kantynowym tłukiem i zachlawszy się z nudów do imentu – bo miałem okropne parcie na służbę wojskową, i to przy stosowaniu w armii komputerów, więc na owe czasy służbę supertajną; albo, co gorsza, skończyłbym jakieś stosowne dodatkowe studia w ZSRR i teraz zamartwiał się, czy mi nie odbiorą emerytury. Dla syna amerykańskiego profesora – jedno i drugie okazało się nierealizowalne. Na szczęście.
A później, gdybym nie robił w określonych kręgach decydenckich za towarzysko rozbrykaną i eo ipso liberalną, czyli tak czy inaczej trochę antysocjalistyczną małpę, która w dodatku przyjaźniła się z ludźmi uznawanymi za jawnych przeciwników (oczywiście, tacy to byli przeciwnicy, jak ja baletnica: po prostu, pyskate, niezależnie myślące typy…), pewno bym się pokazał w okienku w stanie wojennym w mundurze (znów te ciągoty…) i dziś był spalony jak wielu ówczesnych kolegów. Na szczęście nikt mi tego nie zaproponował; a uczciwie mówię, że bym taką propozycję wówczas przyjął i trochę nawet pretensji do moich ówczesnych kumpli wtedy miałem: myślę do dziś nieskromnie, że to studio z bunkra bym zrobił od nich znacznie lepiej.
Tu dygresja. Realny socjalizm – o czym mało kto dziś pamięta – był okropnie pruderyjny & dziko podejrzliwy; sprzyjał przez to w wielu wypadkach karierom głupków, a odtrącał ludzi, którzy mogli mu zrobić – no, może nie całkiem dobrze, ale trochę lepiej. Sytuacja niemal jak w Kaczylandzie, wypisz wymaluj. Tylko Pismani są jeszcze głupsi od słynnego Gazrurki i tego wicepremiera, co to profesorowi Politechniki, zawezwanemu do udziału w jakiejś kontroli tak tłumaczył jej cel: – widzicie, profesorze: pojedziem, opierdolem i wróciem.
Ale i z tym mniejsza. Piszę o tym tylko dlatego, żeby wyjaśnić i uzasadnić moją pozycję: nie z własnego wyboru i nie z własnej chęci nieco z boku, ale blisko. To pozycja, z której się nieźle widzi.
Zwłaszcza dupków.
Pierwszym dupkiem, którego wspominam, był pewien instruktor z ZMP, usiłujący „usadzić” na uczniowskim zebraniu koleżankę wybraną przez nas do władz szkolnej organizacji, mimo że jej matka miała jakiś warsztat kapeluszniczy w mieście Pruszków; warsztat, imaginujcie sobie, chyba z jednym tylko pracownikiem, mianowicie nią samą; no, ale warsztat był prywatny, czyli zbrodniczy. Ów instruktor wiedział to – jako instruktor – z całą pewnością, bo „tak mówił towarzysz Lenin”, a on to, rozumiecie, wyczytał w jakimś robionym przez innego ćwierćinteligenckiego dupka „Poradniku agitatora”. Opierdoliłem tego towarzysza tedy publicznie dość solidnie, zadałem mu kłopotliwe pytanie o konkretny tekst Lenina w tej sprawie… i przez parę lat musiałem się tłumaczyć w różnych instytucjach i instancjach z „antysocjalistycznego zachowania”. Oraz z uporczywego noszenia krawatów w papugi i niesłusznie wąskich spodni.
Oczywiście – moi rozmówcy wpieniali mnie maksymalnie. Ale jakoś potrafiłem oddzielić ich durnotę od – powiedzmy – „całokształtu”, więc się na cały ustrój nie obraziłem.
Potem były kolejne dupki. Między nimi ten, który złożył na mnie donos, kiedy w całkiem prywatnej rozmowie powiedziałem mu, że jest mi zupełnie obojętne jak się nazywają rządzący (z brzmienia nazwiska i nazwy orientacji politycznej), byle tylko tzw. prosty człowiek mógł dobrze i spokojnie żyć w tym kraju. Albo ten, który – kiedy byłem już telewizyjnym żurnalistą „na stanowisku” i robiłem redakcyjnie telewizję wewnętrzną dla któregoś ze zjazdów PZPR – objechał mnie z góry na dół, bo przetworzona przez grafika w czysty kontur mapa Polski była lekko krzywa. – Co wy, Miś, kurwa – mówił do mnie ów bęcwał wytwornie – Niemcom Szczecin, kurwa, oddajecie? Albo ten włażący w tyłek władzy bałwan, który uznał za „antypartyjne” moje żądanie, by świeżo nominowany prezes telewizji (nie, nie Szczepański – jego bezpośredni następca, zresztą porządny całkiem facet) przedstawił przed objęciem władzy swoje credo publicznie aktywowi programowemu Radiokomitetu.
Był też taki dupek, który w 1988 (!) roku narobił mnóstwo przykrości mojemu kumplowi – włącznie z pozbawieniem go stanowiska – gdy ten publicznie powiedział nieopatrznie, że jego zdaniem realny socjalizm ekonomicznie przegrywa z Zachodem…
No, dość przykładów. Im bliżej współczesności, tym łatwiej byłoby rozszyfrować konkretne osoby – a ja tego nie chcę. Niech spoczywają na tych swoich emeryturzynach w pokoju; może zresztą zmądrzeli. Jak mawiał pewien mój bardzo pomysłowy kolega redakcyjny, kiedy miła i z dobrego domu pochodząca pani sekretarz redakcji oprotestowała nasz codzienny, jej zdaniem obleśnie wulgarny język: męski narząd płciowy im między pośladki, oraz drugi taki sam w grób zamiast krzyża.
Owe dupki wyglądały rozmaicie. No, fakt: z reguły miały trzy podbródki, dość kwadratowe mordy i z reguły ubierały się zgodnie z modą o dwie epoki do tyłu, ale to cecha nieistotna. Ważniejsze jest to, że miały one w sobie – jeden w drugiego, bez wyjątku – coś, co pozwoliłem sobie na użytek tego tekstu nazwać syndromem wybrańca. Otóż swoje stanowiska czy też swoją pozycję społeczną uzyskiwały te dupki w drodze jakiegoś procesu wyborów; czasami ów wybór był wprawdzie mocno sterowany – tak że należałoby słowo wybraniec zastąpić raczej słowem pomazaniec – ale pozostańmy przy jednolitej terminologii. Dupki niechętnie przyznają się do tego, że ktoś im dopomógł w karierze i wolą powoływać się na wolę wyborców; niech im, frajerom, będzie.
Istotą nazwanego syndromu jest pojawiająca się u wybrańca – w jednej chwili po objęciu przezeń najbardziej nawet gównianej funkcji, z najdrobniejszymi nawet uprawnieniami decyzyjnymi! – wiara we własną nieomylność i przepotężną wiedzę „w każdym temacie”. Leonardo do spółki z Einsteinem to przy takim z miejsca karły intelektualne. Wybraniec bez chwili wahania zaneguje teorię względności lub teorię Darwina (pamiętacie tego debila w giertychowym ministerium?), choć sam ukończył, powiedzmy, zasadniczą szkołę rolniczą lub inną teologię dogmatyczną. Wybraniec wie doskonale w jakiej pozycji najlepiej dogadza się panience (z reguły zresztą jego wybór to „po misjonarsku”), dlaczego Miłosz jest niesłuszny, i dlaczego w szkole nie powinno się uczyć różniczek oraz czemu podatek liniowy jest lepszy od progresywnego (lub odwrotnie). Słowem, on/ona wie wszystko. Wszystko najlepiej. Wszystko, czego się nigdy w życiu nie nauczył/nauczyła. I swoje sądy ogłasza publicznie z odwagą tego zidiociałego sapera, który boso po polu minowym zasuwał w bitewnym amoku…
Tej objawionej natychmiast po nominacji czy wyborze wiedzy towarzyszy także niebywałe dostojeństwo. Dupkowi kręgosłup się prostuje, wzrok lśni, dłoń taki poda ci dwoma palcami…
Z pewnością zauważycie, że ostatnio opisywanych tu przeze mnie dupków namnożyło się w naszym życiu politycznym co nie miara, specjalnie na prawicy, a już zupełnie szczególnie w niesławnej pamięci (oby, bo jeszcze nie rano!) pisuarze. To prawda. Ale żeby tylko tam, byłoby świetnie; koniec końcem ludzie dostrzegą konia takim, jaki jest i wykonają to, co do nich należy: wrzucą do urny właściwą kartkę. Nam, ludziom lewicy – lub do lewicy zbliżonym – pozostałoby chińską metodą usiąść na brzegu rzeki i poczekać na spłynięcie śmierdzących i zmacerowanych zwłok przeciwników.
Rzecz w tym, że syndrom wybrańca nie jest specjalnością prawicy. Nie przypadkiem w pierwszej części tych rozważań przywoływałem wspomnienia z osobistych spotkań z lewymi dupkami. Przynależność do tej formacji – choć, wierzę, gdy chodzi o lewicowych dupków raczej z przypadku, niż z intelektualnego wyboru – nie chroni od syndromu wybrańca. I tu też różni Sekretarze i Przewodniczący (nie mówiąc już o Członkach Zarządu czy też Rady takiej czy innej) wiedzą niekiedy najlepiej – jak należy robić witrynę internetową, jak tworzyć spoty reklamowe, jak pokazywać w telewizji „twarz kampanii”, jak redagować gazetę, jak poszukiwać kandydatów do ważnej posady, jak komponować muzykę nawet…
W takich okazjach – zetknąłem się z nimi setki razy – przypomina mi się moja ukochana anegdotka o wielkim artyście minionej doby, grafiku Henryku Tomaszewskim. Otóż w pewnym momencie pan Henio zaczął malować nieco ekstrawagancko: krowy u niego bywały zielone, niebo czerwone, trawa jakaś żółta. Więc towarzysze z KC postanowili go „naprostować” i wezwali na jakąś tam komisję, na której padły zarzuty o modernizm i rozejście się z rzeczywistością. Pan Henio wysłuchał uwag, zasępił się srodze, i powiedział: - wiecie, towarzysze, przed wojną na Nalewkach żył taki krawiec Srul, który w wolnym czasie malował sobie obrazki. Trzeba trafu, że malował zielone krowy na żółtych łąkach. No i jego kobita Ryfka zapytała go kiedyś dlaczego on maluje coś, czego nie ma. Srul odpowiedział jej bardzo grzecznie – mówił dalej pan Henio – Ryfka, ty mnie po prostu w dupę pocałuj.
- I komu ja mam teraz to powiedzieć, towarzysze? – zakończył dramatycznym pytaniem Tomaszewski.
Nie o żart jednak mi chodzi – tu i teraz. Chodzi mi o to, by ludzie, kierujący moją stroną sceny politycznej wzięli sobie tę anegdotkę i te uwagi mocno do serca. By nauczyli się skromności i wypalili u siebie syndrom wybrańca ogniem i żelazem. By szanowali ekspertów i słuchali ich; aktywnie, ale nie z pozycji „omnipotentnego decydenta”, lecz skromnego ucznia; chciałoby się powiedzieć „ruki po szwam, towariszczi – i smirno”.
Bo inaczej potem mamy to co mamy, żeby skupić się na wąskiej tylko grupie spraw: 13% w wyborach, kiedy mogłoby być łatwo 20%. Zerowe niemal czytelnictwo jedynej lewicowej gazety, która nie ma żadnego sensownego zasilania. Kompletny brak lewicowych mediów elektronicznych (za trudne dla matołków?). Brak wolnomyślicielskiego szkolnictwa. Pozostawanie na intelektualnym marginesie.
Czy tak być musi? Czy syndrom wybrańca pojawi się zawsze i spaprze każdą rozsądną myśl?
Wrócę do początku tego tekstu. Jestem pewnie skrajnym idealistycznym naiwniakiem. Myślę, że nie musi tak być. Właśnie dlatego wybrałem na stare lata Ordynacką. Póki co, tu się rozmawia sensownie. I ludzie mają kwalifikacje.
Więc – cień nadziei.
Bogdan Miś
Misjonarze
Trwa – już nie wiem: na szczęście, czy też niestety – kampania wyborcza. Wszyscy leją wszystkich. Obudzili się też i okropnie zaktywizowali internetowi misjonarze-harcownicy. Mianem tym określam nie ludzi, którzy mają jakieś poglądy i je w Sieci prezentują, ale tych, którzy per fas et nefas usiłują na jakieś jedynie słuszne poglądy nawracać innych; obojętne, prawicowe czy też lewicowe, cokolwiek by te etykietki dziś znaczyły. Cóż więc czynią owi misjonarze? Otóż – nie będzie przykładów, bo i tak wiecie, o kim mówię; jeśli zaś nie wiecie, to poczekajcie parę godzin, misjonarz sam się zgłosi – misjonarze owi grasują po cudzych witrynach, wypatrują nieprawomyślności i natychmiast “dają odpór”.
Przyznam, że kompletnie takiego działania nie rozumiem. Prawdę mówiąc – poglądy sprzeczne z moimi mnie najzupełniej nie interesują, a w każdym razie nie mam najmniejszej ochoty denerwować się, dobrowolnie czytając jakieś głupoty. Przy okazji: bardzo proszę nie irytować się na to określenie; w gruncie rzeczy każdy z nas uważa przecież swoje poglądy za rozsądne, chyba że jest szurnięty – jeśli zaś tak, to poglądy przeciwne ex definitione musi uważać za nierozsądne, czy wręcz głupie. Tak więc nie ma w określeniu głupoty żadnej zniewagi, tylko stwierdzenie faktu; rozumiemy się?
No więc, nie czytam niemal żadnych blogów (ani gazet), z którymi się nie zgadzam; nie słucham również w żadnej TV ani stacji radiowej “wrażych” komentatorów. Niemal, bo niektóre jednak czytam – i niektórych ludzi “z tamtej strony” jednak słucham, nawet z uwagą; niekiedy zaś – trzymajcie się, bracia – z przyjemnością. Co decyduje o tym niemal?
Jedno w zasadzie: forma. Nie mogę słuchać sprawiającego nieustannie wrażenie, że mu wyleci sztuczna szczęka piskliwego i bełkotliwego X czy Y, ani sepleniącego tłuściocha o trzech podbródkach Z, ani łykającego w pośpiesznej chęci zgnojenia rozmówcy końcówki słów W (nomina sunt odiosa, matołku niedokształcony). Jeśli ktoś umie formułować zdania tak, by miały one podmiot i orzeczenie, jeśli nie zakrzykuje oponenta (to, naturalnie, odnosi się też do dyskusji na piśmie; zgodzicie się, że i tu można się zakrzykiwać, prawda?), jeśli buduje wypowiedź jasno i precyzyjnie – i, rzecz prosta, bez ordynarnych wyzwisk, jeśli nie chce rozmawiać ze mną z kijem bejsbolowym w ręku – jeśli, słowem, mam do czynienia z dżentelmenem o innych niż moje poglądach, a nie z rozwrzeszczanym chamem – czytam i słucham.
Przykłady: mam absolutnie i całkowicie inne poglądy niż p. Radek Sikorski; ale zawsze będzie miał on moją uwagę i będę z całym zainteresowaniem czytywał jego kolejne książki. Podobnie, uważam za szalone i w większości nonsensowne poglądy Janusza Korwina-Mikkego – ale ten facet umie dobrze pisać i robi to czasami bardzo zabawnie, zaś konstrukcja jego wywodów może być radością dla miłośnika łamigłówek logicznych, który zapragnie te rozumowania obalić (nie chwaląc się, bo sukcesu naukowo-dydaktycznego nie odniosłem – ale to u mnie Mikke zaliczał sto lat temu ćwiczenia z Podstaw Matematyki; a sukcesu nie odniosłem, bo studia matematyczne rzucił i zwiał na filozofię…). Dalej, z zasadniczych powodów światopoglądowych myślę inaczej niż ks. Kazimierz Sowa – a słucham go i czytam z zaciekawieniem; z tych samych przyczyn nie mogę przyjąć punktu widzenia ks. Tischnera – a uważam go za jednego z najgłębszych myślicieli naszych czasów. I tak dalej.
Ale nie wymagajcie ode mnie, bym mój bezcenny czas – w moim wieku każda godzina jest bowiem bezcenna – poświęcał już nie na polemiki, bo o tych mowy być nie może, a na czytanie wypocin jakichś trzeciorzędnych niedouków czy grafomanów. A propos polemik:bodajże Antoni Słonimski zapytany, czy nie zechciałby z X wymienić poglądów, odparł: a niby czemu mam tracić na wymianie nieekwiwalentnej?
Przedruk – dla zachęty – z Internetowego Obserwatora Mediów


